POWRÓT ANGLIKÓW NA WYSPĘ WIELKANOCNĄ
W pierwszej połowie ubiegłego stulecia jednym z najbardziej fascynujących celów wypraw polarnych było poszukiwanie Przejścia Póhiocno-Zachodniego, czyli drogi morskiej z Oceanu Atlantyckiego na Ocean Spokojny wzdłuż skutych lodami północnych wybrzeży kontynentu amerykańskiego. W owych czasach, kiedy jeszcze nikomu nie śniło się nawet o budowie kanału Panamskiego, w celu przedostania się z Atlantyku na Pacyfik trzeba było pływać dokoła Ameryki Południowej poprzez zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub wokół niebezpiecznego Przylądka Horn. Toteż sprawa odkrycia przejścia miała mieć dla żeglugi światowej epokowe znaczenie. Nic więc dziwnego, że mocarstwa morskie, nie szczędząc środków, słały jedną wyprawę za drugą w poszukiwaniu przejścia.
W wysiłkach tych przodowali w owym czasie Anglicy, dla których odkrycie nowej drogi miało mieć dodatkowe znaczenie: chodziło o zabezpieczenie od północy ich amerykańskich posiadłości w Kanadzie, zagrożonych poważnie ze strony młodego i prężnego osadnictwa rosyjskiego rozwijającego się na sąsiedniej Alasce, skąd Rosjanie zapuszczali się daleko na południe aż do odległej Kalifornii, zakładając tam swe coraz liczniejsze faktorie i budując podwaliny Rosyjskiej Ameryki.
Spośród wypraw wysłanych przez Admiralicję Brytyjską na poszukiwanie Przejścia Północno-Zachod-niego w latach dwudziestych ub. stulecia, największe
