Jjiskup Tepano Jaussen był człowiekiem wykształconym, światowym, o wszechstronnych zainteresowaniach. Interesował się historią, geografią, etnografią. Kariera duchowna, zwłaszcza w Kongregacji Św. Serca, nie dawała mu jednak nigdy dość okazji ani czasu na praktyczne spożytkowanie tych zainteresowań i amatorskich studiów. Dlatego też z entuzjazmem przyjął nominację na pierwszego wikariusza apostolskiego Oceanii z siedzibą na Tahiti.
Tam, z dala od swych przełożonych, pomimo zaabsorbowania sprawami kościelnymi, stał się on na tyle niezależny, iż mógł sobie zorganizować życie tak, aby znaleźć nieco czasu na swoje zamiłowania naukowe. Od czasu przybycia na Tahiti szczególne zainteresowanie wzbudzały w nim ludy polinezyjskie. Zbierał więc różne fakty z ich życia, obserwował zwyczaje, badał język. Chętnie rozmawiał i radził się odwiedzających te strony podróżników i badaczy, podejmując ich w swej rezydencji i prowadząc z nimi rozmowy naukowe. Jednym z nich był Mikołaj Mikłuchc-Ma-kłaj, słynny podróżnik rosyjski, który płynąc na Nową Gwinee zatrzymał się przez kilka dni na Tahiti.
Po południu 21 lipca 1871 r. do rezydencji biskupiej przybiegł goniec z pilnym listem od plantatora Bran-dera. Od progu już podniecony krajowiec informował Jaussena, że od godziny 3 stoi na redzie przystani w Papeete” jakiś obcy statek, który przywiózł na swym
W pierwszej połowie ubiegłego stulecia jednym z najbardziej fascynujących celów wypraw polarnych było poszukiwanie Przejścia Póhiocno-Zachodniego, czyli drogi morskiej z Oceanu Atlantyckiego na Ocean Spokojny wzdłuż skutych lodami północnych wybrzeży kontynentu amerykańskiego. W owych czasach, kiedy jeszcze nikomu nie śniło się nawet o budowie kanału Panamskiego, w celu przedostania się z Atlantyku na Pacyfik trzeba było pływać dokoła Ameryki Południowej poprzez zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub wokół niebezpiecznego Przylądka Horn. Toteż sprawa odkrycia przejścia miała mieć dla żeglugi światowej epokowe znaczenie. Nic więc dziwnego, że mocarstwa morskie, nie szczędząc środków, słały jedną wyprawę za drugą w poszukiwaniu przejścia.
W wysiłkach tych przodowali w owym czasie Anglicy, dla których odkrycie nowej drogi miało mieć dodatkowe znaczenie: chodziło o zabezpieczenie od północy ich amerykańskich posiadłości w Kanadzie, zagrożonych poważnie ze strony młodego i prężnego osadnictwa rosyjskiego rozwijającego się na sąsiedniej Alasce, skąd Rosjanie zapuszczali się daleko na południe aż do odległej Kalifornii, zakładając tam swe coraz liczniejsze faktorie i budując podwaliny Rosyjskiej Ameryki.
Spośród wypraw wysłanych przez Admiralicję Brytyjską na poszukiwanie Przejścia Północno-Zachod-niego w latach dwudziestych ub. stulecia, największe
Wraz z rozwojem handlu i kolonizacji rosyjskiej w Ameryce Północnej, założona jeszcze za panowania carycy Katarzyny II Rosyjsko-Amerykańska Kompania natrafiała na coraz to większe trudności z utrzymaniem łączności i zaopatrzeniem swych faktorii na Alasce i amerykańskich wybrzeżach Pacyfiku. Droga prowadząca lądem z Rosji poprzez ¥ral, cały kontynent azjatycki a następnie morze Ochockie była nie tylko długotrwała, lecz również kosztowna i niebezpieczna. Z potrzeby tej powstał jeszcze w końcu XVIII w. plan połączenia rosyjskich kolonii w Ameryce z metropolią bezpośrednią drogą morską prowadzącą na zachód. Wojny napoleońskie w Europie nie przeszkodziły realizacji tego śmiałego planu, który został przedłożony ówczesnemu ministrowi handlu, księciu Rumancowowi, i ministrowi marynarki, admirałowi Mordwinowowi, a następnie zaakceptowany przez cara Aleksandra I.
Plan zakładał wyruszenie wyprawy z nadbałtyckiego Kronsztadu, przebycie Oceanu Atlantyckiego ? po opłynięciu Przylądka Horn dotarcie do wybrzeży Alaski. Stamtąd wyprawa miała się udać ku brzegom Chin i Japonii, gdyż powierzono jej misję przewiezienia ambasadora rosyjskiego akredytowanego przy dworze japońskim wraz z jego świtą, a następnie miała powrócić do Rosji, płynąc wzdłuż wybrzeży Azji i Afryki i dokonać tym samym pierwszego w dziejach opłynięcia kuli ziemskiej pod rosyjską banderą.
W pewne słotne, marcowe przedpołudnie 1934 r. niewielki bretoński port Lorient, punkt wyjścia wielu chlubnych wypraw francuskich, był widownią niecodziennej ceremonii. Przy nabrzeżu stał przycumowany nowiutki okręt francuskiej marynarki wojennej ,,Ri-gault-de-Genouilly”, zbudowany w celu utrzymywania stałej łączności pomiędzy metropolią a jej zamorskimi koloniami. Opuścił on dopiero co dok stoczni z poleceniem udania się w swą pierwszą podróż do Oceanii. Przy tej okazji okręt miał zabrać na swój pokład członków francusko-belgijskiej wyprawy naukowej, udającej się na Wyspę Wielkanocną.
Okręt żegnano uroczyście, zgodnie z tradycjami tego historycznego portu. Ze szczytu ambony wzniesionej na samej krawędzi portowego basenu ksiądz błogosławił odpływających w daleką drogę. Tak jak przed półtora wiekiem ich poprzednicy pod wodzą La Perouse’a, tak samo teraz uczeni francuscy odpływali na pokładzie okrętu wojennego.
W ciągu czteromiesięcznej żeglugi okręt zawinął do szeregu portów zachodnioafrykańskich i południowo-amerykańskich skąd ruszył on w kierunku lodowców Ziemi Ognistej. Tam spadł na wyprawę dotkliwy cios w postaci śmierci jednego z jej członków, wybitnego archeologa Charlesa Watełina. Pomimo podeszłego już wieku, uczony ów zachował młodzieńczy zapał do wszystkiego, co pachniało przygodą. Ta jego cecha skłoniła go prawdopodobnie do udziału w uciążliwej